Żyję w wyobrażonym świecie,a każdy powrót do rzeczywistości jest coraz bardziej bolesny. Nie potrafię mieć nadziei, że będzie lepiej, bo jak już zacznę się unosić na tych skrzydłach nadziei, to upadam czując większy ból niż gdybym miała się nie wznosić. Jestem w bagnie, każdy ruch sprawia, że zapadam się w nie coraz bardziej, może być już tylko gorzej. W najlepszym wypadku będzie tak jak jest, a jest nie do znieniesienia. Oczekiwałam, że ktoś poda mi pomocną dłoń, ale prawda jest tak, że nic takiego się nie zdarzyło i nie zdarzy. Potrzebuję kogoś, kto mnie najnormalniej w świecie obejmie i nie powie: "będzie dobrze", bo nie będzie, może być tylko gorzej; po prostu mnie obejmie i powie tylko:"nie płacz" i otrze moje łzy, które wieczorami zalewają moją poduszkę. Ale nie ma nikogo takiego. Kiedy potrzebuję ciepła bliskich mi osób, okazuje się, że nie mam takich osób. Jestem sama i próbuję udawać, że nic się nie dzieje, próbuję udawać, że nic mnie nie obchodzi, ale prawda jest inna. Jestem cieniem człowieka, którym byłam kiedyś, nie potrafię się odnaleźć w świecie. Mam wrażenie, że oglądam świat zza szyby, że nie uczestniczę w swoim życiu. Każdy poranek, kiedy muszę wstać i dalej żyć jest jedną wielką katastrofą. Łudzę się, że los będzie dla mnie łaskawy i może wieczorem zasnę i się już nigdy nie obudzę, ale ciągle się budzę i muszę żyć, aż czasem mnie kusi, aby pomóc losowi i będę miała spokój...
*****
Przepraszam za powtórzenia "być", ale nie jestem w stanie nic wymyśleć... :/